Dariusz Makarczyk- właściciel firmy “Mackar”

 
Firmę prowadzę od roku 1965, gdy miałem 18 lat. Teraz mam 64 lata, więc praktycznie całe moje życie zostało w tej firmie umieszczone. Żyję z niej i mam nadzieję, że tu dalej będą działały moje dzieci. Paulina Makarczyk i Paweł Makarczyk. O dziwo są zainteresowani, co mnie bardzo cieszy.

Budując firmę nie myślałem, że to będzie coś, co oni po mnie przejmą. Czasy poprzedniego systemu gospodarczego oznaczały życie z dnia na dzień. Co kilka lat trzeba było uzyskiwać pozwolenie i licencję na prowadzenie działalności. Dostawało się ją w zależności od sytuacji politycznej w kraju, albo znajomości. Nic nie było pewne, tylko ta ciągła, wymuszana przez system prowizorka.

Firmę przejąłem po ojcu. Wcześnie, bo zmarł, kiedy miałem 17 lat.

Ojciec bardzo ciężko pracował. Nie było warunków mieszkaniowych, ani pomieszczeń do produkcji. Budka, w której wyrabiał kosmetyki jest wbudowana w dzisiejszą halę, tym bardziej widać jak była maleńka.

To co tata robił, wynikało chyba z historii jego życia. Urodził się na wsi, w Wołłowiczowcach pod Grodnem - w tej chwili to miasto na terenie Białorusi. Pochodził z biednej rodziny i studia skończył w wieku 35 lat. Maturę zrobił jako samouk. Mam jego świadectwo maturalne, na którym jest napisane: „uzyskał po przygotowaniu domowym." Dostał się na farmację, kilka lat przed wojną skończył studia i pracował w aptece.

Ojciec, to dla mnie wielki wzór. Symbol człowieka z silną wolą i wytrwałością.

Po wojnie chciał mieć własną aptekę, ale ponieważ w ciągu jednego dnia wszystkie zostały upaństwowione, to zaczął zaopatrywać te państwowe już apteki w wytwarzane przez siebie produkty - maść cynkową i maści na świerzb. To dało mu trochę gotówki, a że po wojnie niczego nie było, to zaczął produkować mnóstwo innych rzeczy: pastę do podłóg, do zębów, puder dla dzieci, kamień do czyszczenia tenisówek o nazwie „Biel Tenis", (były wtedy takie płócienne buty, które się tym białym proszkiem smarowało, żeby ładnie wyglądały), produkował anty-ferr, czyli proszek do wywabiania plam rdzawych przy praniu, znicze nagrobkowe, puder kolorowy do twarzy. Wciąż mam etykietki wielu z tych produktów.


 
 Produkcja: W. Makarczyk

Najpierw wytwarzał to w wynajmowanych lokalach, a po zdobyciu gotówki kupił działkę na Zaciszu, przy ulicy Płońskiej - 2 tysiące metrów kwadratowych, na której wybudował budynek gospodarczy i tu w dość prymitywnych warunkach kontynuował pracę.

Mama zajmowała się domem, moim wychowaniem i wspierała ojca.

Ojciec wywalczył, że podłączono prąd w tej okolicy. Podobno też był inicjatorem przedłużenia linii autobusowej z dworca Wileńskiego, dzięki czemu ta okolica otrzymała dostęp do Warszawy.

Po śmierci ojca zostaliśmy bez środków do życia. Na wiosnę zrobiłem maturę,i już jako 18 letni młodzieniec po maturze zacząłem chodzić po urzędach i od 15 czerwca1965 mama uzyskała pozwolenie na prowadzenie działalności gospodarczej na prawach wdowich . Znajomi ojca mieli pomóc, niestety nic nie zrobili, a dla mnie każdy pobyt w urzędzie oznaczał i wielkie i straszne przeżycie. W tym czasie wszelka działalność prywatna była niemile widziana. Czułem się, jako ten obywatel drugiej kategorii, a jeszcze tym bardziej taki młodzieniec. Ale trzeba było z czegoś się utrzymać.

Byli jeszcze klienci ojca winni pieniądze, które nam powoli oddawa

li, dzięki czemu mieliśmy pierwszy zastrzyk gotówki i zaczęliśmy robić przede wszystkim lakiery do paznokci. Zostało po ojcu jeszcze trochę surowców, opakowań, buteleczek i razem z matką zacząłem produkcję.

 
 Produkcja: W. Makarczyk

Ciągle myślałem, że to wszystko jest na słomianych nogach, nic tego nie będzie, bo system jest jaki jest i koniecznie chciałem zdobyć jakieś wykształcenie.

Wydawało mi się, że jak skończę studia chemiczne, to już będę wszystko wiedział o kosmetykach i technologii produkcji. Ale ponieważ Polska była krajem zamkniętym i wszelkie surowce były trudne do zdobycia, to i tak bazowałem na tym, co produkował ojciec. Tym bardziej, że udało mi się zdobyć zamówienia eksportowe. Ojciec sprowadzał taki specjalny surowiec do lakierów perłowych i ja tę produkcję rozwinąłem w o wiele większej skali i wysyłałem do Bułgarii. Miałem zamówień na paręset tysięcy butelek. Udało mi się też nawiązać kontakt ze Szwajcarską firmą produkującą pigmenty. To był wielki sukces. Lakier bezbarwny kupowałem od fabryki w Cieszynie, miałem pigmenty, a że była moda na lakiery żółte, zielone, niebieskie, nawet czarne, to byłem prekursorem wprowadzenia tych kolorów w kraju. Wszystko, co się wyprodukowało, od razu się sprzedawało.

To był duży zastrzyk pieniędzy, dzięki któremu zacząłem planować budowę domu. Pomyślałem, że w piwnicach będę miał produkcję, a na górze będę mieszkał i tak się stało. W międzyczasie było mnóstwo utrudnień systemowych. Na przykład jeśli się chciało studiować wieczorowo, trzeba było mieć zaświadczenie o pracy. Przynoszę dziekanowi i słyszę: Panie Makarczyk, niech pan przyniesie z jakiejś innej instytucji, nie sam od siebie. Że niby sam się kieruje na studia, a tak przecież nie można. Na szczęście działał wtedy Komitet Drobnej Wytwórczości, czy Zrzeszenie Prywatnych Wytwórców i jego prezes zgodził się napisać, że kierują mnie na studia. Innych kierowały organizacje pracy i partyjne.

Nie było we mnie nigdy chęci zrzeszenia, należenia gdziekolwiek, czy tak zwanej uczciwej, państwowej pracy. Po co? Skoro już na studiach jeździłem samochodem? Fiatem 125P wprawdzie, ale wtedy to już było coś. I zamierzałem budować dom, na co potrzebne mi były ogromne fundusze.

Nie widziałem możliwości, by zostawić firmę i byłem bardzo negatywnie nastawiony do systemu, jaki wtedy panował. Wynikało to pewnie z poglądów moich rodziców. Moje ciotki były na Syberii, bardzo zmieniły się po tym pobycie, zostały starymi pannami, parę lat temu je pochowałem.

Na studiach uczyłem się ekonomii politycznej kapitalizmu i socjalizmu, bo był taki obowiązek wtedy - semestr tego i semestr tego trzeba było zaliczyć. Kapitalizm rozumiałem od razu - rynek, wymiana, i tak dalej, a socjalizm kompletnie do mnie nie przemawiał. W związku z tym także nie chciałem iść do wojska. Skoro się z tym nie zgadzałem, to uważałem, że złożenie przysięgi byłoby czymś niemoralnym.

 
 "Spirol" - najlepszy do czyszczenia metali i szkła. Produkcja: W. Makarczyk

 

Tak więc już na studiach mam samochód, a na czwartym roku eksportuję. Sprzedaliśmy wtedy z matką tego lakieru masy i dostaliśmy około półtora miliona złotych, co było kolosalną sumą jak na tamte czasy i zaczął się stres, jak nie zapłacić ogromnego podatku i jak te pieniądze zatrzymać. Dostaliśmy 500 tysięcy złotych domiaru, czyli podatku wyrównawczego, co polegało to na tym, że Urząd Skarbowy, połączył produkcję krajową z eksportową i wyszły takie dochody. Jednocześnie skończyło się zezwolenie na prowadzenie działalności gospodarczej. Złożyłem podanie, pamiętam tę komisję, jakby to było wczoraj, jak tłumaczę, że brakuje mi rok do skończenia studiów i proszę o przedłużenie działalności.

Na komisję stawiliśmy się z matką razem, żeby widzieli, że matka - osoba starsza, chora, miała trzecią grupę inwalidztwa. I wtedy złożyłem im oświadczenie, że chcę pracować dla Polski Ludowej, chodzi tylko o czas studiów, a potem nie chcę tego w ogóle prowadzić, w związku z czym rezygnuje ze wszystkich innych produktów, tylko proszę o pozostawienie mi lakierów i zmywacza do paznokci na okres 2 lat, bym mógł skończyć studia i matce pomóc. To była taka moja polityka, by uzyskać pozytywny wynik odwołania podatkowego. Komisji bardzo podobało się, że tak ze wszystkiego zrezygnowałem, w związku z czym te 500 tysięcy podatku nam umorzono. Komornik zdjął egzekucję, mogliśmy kontynuować budowę. Bo wcześniej zajęli wszystkie materiały, cegłę, konta też by pozajmowali, na szczęście wszystko trzymałem w banku ziemnym. To taki słoiczek zakopany w ogrodzie. Jak tylko się na koncie pojawiały zaliczki z eksportu - ja te pieniądze wypłacałem - i do ziemi. Chciałem z czegoś żyć, dom wybudować, dlatego nigdy nie trzymałem pieniędzy w banku, tylko w słoju. Wszystko wydałem na budowę domu w którym mieszkam do dziś i moje dzieci, więc uważam, że to była dobra inwestycja.

To były takie czasy, że im większy był brud i bałagan, tym było lepiej. Jak przychodziły kontrole, to się pokazywało: - O, proszę, tu się wali wszystko, z tego niczego nie mam, widzi pan, to już ledwo dyszy, nic nie warte...

W takiej atmosferze żyłem i niestety to potem rzutuje na cały sposób myślenia. Jak brzmi to przysłowie o człowieku sowieckim? Jest przeciwny systemowi, ale też się w nim wychował, więc jest jego przedłużeniem.



 Szampon "Venus" - myje i wzmacnia włosy i usuwa łupież. Produkcja:W. Makarczyk

No więc mogłem znów produkować lakiery, wiedziałem skąd brać barwniki, ale nie miałem dewiz na ich zakup, więc szukałem ludzi, którzy mieli znajomych za granicą, otrzymywali barwniki w paczkach, a ja je odkupywałem. Były kontrole, wyjaśnienia, ciągłe perypetie, użeranie się, działanie na granicy prawa. Potem nastał Gierek i ci, którzy prowadzili firmy dostali pozwolenie na produkcję bezterminową. To dopiero zaskoczenie - błogosławieństwo dalszej pracy od Gierka. Ale też tylko na lakiery i zmywacze do paznokci.

Jakiekolwiek plany czy strategie rozwoju wciąż były niemożliwe, więc nie wydawało się tych pieniędzy na byle co, tylko na rzeczy, które mogą przetrwać. Nie szastałem, oszczędzałem. Bo strach, że dobra passa nie będzie wieczna. Może też geny po ojcu? Wrodzona gospodarność?

Jedyny wydatek, który może nie był potrzebny, to na tego Fiata, bo kupiłem go z wolnego rynku, czyli drogo. Ale potem przecież rozwoziliśmy nim po Polsce cały towar.

Moja młodość była taka: rano pracowałem, na 16-stą szedłem na studia, do 22 byłem zajęty, każdy wolny czas musiałem się uczyć, szczególnie, jak było laboratorium - analiza i jakościowa i ilościowa, czyli bardzo trudne, a jak miałem chwilę oddechu od nauki, to wsiadałem w samochód i do Gdańska, czy jeszcze gdzieś, z tym towarem.

Wymyśliłem pompkę do wlewania lakierów z kranikiem. Ja je mieszałem, mieliśmy maszynkę do rozlewania, wlewało się do niej gęsty lakier, zakręcało się korek a pompką pompowało ciśnienie. Też wymyśliłem pędzelki. Kupowało się je oddzielnie, albo samo włosie z jakiejś hurtowni, to włosie dawałem do jakiejś firmy szczotkarskiej i były. Zacząłem też wrzucać metalowe kulki do butelek, żeby się dobrze mieszało. Kulek brakowało, więc je zbierałem po warsztatach. I buteleczki - kolejna historia. Najpierw miałem zapas po śmierci ojca, bo on dużo sztuk kupił z fabryki Ewa w Łodzi z jakiś odpadów. Leżały tu na terenie, jeszcze z kilkadziesiąt tysięcy. Potem jakąś formę w hucie w Garwolinie kupiłem, potem znalazłem hutę w Poznaniu, była też w Krakowie. Jak dostałem zezwolenie w Sosnowcu, by huta w Garwolinie zrobiła butelki, to forma była w Poznaniu. Więc leciałem do Poznania, tak, samolotem, przywoziłem formę do Garwolina, tu robili 25 tysięcy butelek, co dla mnie było mało, więc znów forma w walizkę i do samolotu na Poznań. Walizkę ledwo niosłem, bo forma ważyła 40 kilogramów, ale brałem, jako bagaż podręczny. W Poznaniu robili buteleczki z zielonego szkła, co nie bardzo mi odpowiadało, ale nie było rady, więc do Krakowa, gdzie białe, potem znów Garwolin, a potem porwali samolot dla linii krajowych i każdy bagaż podlegał rewizji. Już nie mogłem latać tylko znów musiałem jeździć. Wspominam to z sentymentem, bo młodość, jaki by nie był to czas polityczny, zawsze jest piękna. I byłem z siebie dumny, że jestem taki operatywny.

Ożeniłem się wieku 23 lat. Żona skończyła inżynierię sanitarną i pracowała na posadzie państwowej.

 
 "Gwiazda" - luksusowa pasta do podłóg. Produkcja: W. Makarczyk

To poczucie, że wszystko jest tymczasowe zaczynało mi przechodzić po stanie wojennym. Pierwszą szansę stworzenia czegoś trwałego zobaczyłem wprowadzając markę Skarb Matki, czyli jeszcze prawie 10 później.

Pamiętam pierwsze targi farmaceutyczne w Pałacu Kultury, gdzie występowałem z pudrem dla dzieci. To było jakoś tak zaraz po Okrągłym Stole. Wystąpiłem z wnioskiem o przywrócenie tych artykułów, z których kiedyś zrezygnowałem. Puder dla dzieci, to była klasyczna receptura ojca. Nasza dzielnica robiła się mieszkaniowa i kosmetyki dla dzieci wydały mi się szlachetniejszą, bardziej prestiżową produkcją. Chemia gospodarcza była brudna, lakiery śmierdziały, trzeba się było pilnować z pożarem, ja to wszystko ręcznie mieszałem w słojach i miałem dosyć.

Tego pudru sprzedałem dziesiątki tysięcy, jeszcze w stanie wojennym.

 

   
Zdjęcia pudru dla niemowląt i dzieci produkowanego przez rodzinę Makarczyków od Ponad 50 lat. Zdjęcia w kolejności chronologicznej

 

Tak więc znów miałem dużo pieniędzy, dom był zbudowany, całe piwnice zagospodarowane na produkcję kosmetyku dla dzieci, który stał się bardzo popularny. Nie miał wielu składników, nie dawał alergii, w literaturze był zalecany, że „jak wszystko zawodzi, to stosujcie ten puder". Używaliśmy talku, który Chemia Polska sprowadzała z Chin, więc jeździłem od fabryki do fabryki, fiatem z przyczepką i tu 500 kilo, tu 500 kilo - tak go zbierałem. Zamówienie składało się 60 dni przed kwartałem. Była rejonizacja, więc moja trasa to: Chemia Gdańsk, Chemia Olsztyn, Chemia Poznań i tak dalej.

Z opakowaniami też był problem. Wymyśliłem takie pudełko, że rurkę się kleiło z kartonu i zaklejało specjalnymi deneczkami. I etykietkę trzeba było wydrukować, na co nie było papieru. Bez przerwy była walka, czegoś się szukało, załatwiało: zgody na etykietki, pudełka, ale się kręciło.

Do jednej z serii etykietek, pozował malutki Paweł - moje „Puder Baby". Ale chyba niezbyt mu się podobało, bo nie chciał się uśmiechać.

Więc robiliśmy ten puder, z którym poszedłem do Instytutu Matki i Dziecka po opinię, jako pierwszy prywatny producent kosmetyków dla dzieci w Polsce. Potem była oliwka - to prosty olej parafinowy plus trochę zapachu. I tak miałem drugi produkt z którym chciałem wchodzić na rynek.

 


"Proszek do mycia zębów" - lata 80-te XX wieku
Mackar Wytwórnia Chemiczno-Kosmetyczna Dariusz Makarczyk

Potem była zmiana systemu gospodarczego i wtedy zmarła mi żona. Na raka. Zostałem sam z trójką dzieci. Paweł miał 4 lata, średni syn był w piątej klasie szkoły podstawowej, a córka dostała się do liceum.

I tak siedzieliśmy w tej nowej rzeczywistości. Wszyscy się rozwijali, a ja nie wiedziałem, co robić. Wyprawiałem dzieci rano do szkoły i ciągle się denerwowałem, że coś źle układam, coś więcej trzeba było im spakować.

Kosmetyki dla dzieci i niemowląt były pierwszą linią marki Skarb Matki. Teraz doszła do tego linia Femina - dla kobiet w ciąży i połogu. Produkujemy maść do pielęgnacji brodawek i płyn do higieny intymnej, będzie balsam do ciała. Jest mnóstwo pomysłów. Przy małej skali produkcji możemy sobie pozwolić na bardzo krótkie, a więc różnorodne linie.

Nie wiem, dlaczego „Skarb Matki" się utrzymał. Sam się dziwię - tyle tego na rynku, wszystko coraz tańsze, może marketing jest dobry? To już zasługa Pauliny. Może dzięki temu, że znaleźliśmy tę ścieżkę farmaceutyczną? Bo jesteśmy dostępni w aptekach.

Chlubimy się tym, że nie mamy żadnej informacji o uczuleniach po naszych kosmetykach. Bo to przede wszystkim produkt bezpieczny dla dziecka. Ja z chemicznego punktu widzenia uważam, że w ogóle chemii im mniej tym lepiej. A jak już trzeba, to niech będzie nasza.

Mam nadzieje, że w przyszłym pokoleniu młode matki, będą słyszały od swoich mam:

- Używałam Skarbu Matki, też to stosuj.

Wiadomo, że te wszystkie wielkie zagraniczne firmy nam szkodzą, ale walczymy, będziemy się rozszerzali. Byłem bardzo niezadowolony, gdy zobaczyłem, że ci, którzy nie specjalizują się w produkcji dla dzieci, nagle zaczynają wprowadzać swoje linie. A może to i lepiej? Niech próbują, zobaczymy, kto jest lepszy. Traktują to jako dziesiątą część tego co robią, a my jesteśmy specjalistyczną firmą dla dzieci. Matka i dziecko - wszystko dla nich.

Córka jest w firmie już 10 lat. Paweł przyszedł 2 lata temu. Powoli pozwalam dzieciom przejmować kontrolę. Nie upieram się przy swoim.

Po co? Miałem własne chwile. Będę się powoli wycofywał i zdawał to na nich. Ale też służył swoim doświadczeniem.

Starszy syn skończył doktorat w Niemczech i tam pracuje. Studiował chemię na Politechnice Warszawskiej i dostał stypendium od rządu niemieckiego na studia doktoranckie.

Na studiach studiowałem, ale też patrzyłam na innych studiujących z przymrużeniem oka. Bo jasne, trzeba się uczyć, ale liczyła się produkcja i pieniądze, które napływały. Jeździłem samochodem, na którym miałem nalepkę, „hamulce tarczowe ze wspomaganiem" i fajne się czułem. Ale jakby tak głęboko wejść w siebie, to brakowało mi młodości i studenckiego życia.

Marzyłem, żeby sobie ot tak, beztrosko żyć. By ubrać się tak, jak mam na to ochotę, a nie sztywno, wizytowo. Tylko nie potrafiłbym się nawet ubrać młodzieżowo, bo zawsze miałem garnitur.

Ale teraz wszystko mi się zwraca. Stary już właściwie jestem, ale jestem bardzo zadowolony.

No i te dzieci podnoszą mnie do góry.

 

 
 Od lewej: Paweł Makarczyk, Dariusz Makarczyk, Paulina Makarczyk

 

Skarb Matki © 2010
projekt i wykonanie: MediaConsulting.pl